RHEINRADWEG/EURO VELO 15 od źródła Renu aż do Morza Północnego.

Za kolejny nasz cel obraliśmy sobie Szwajcarię. Planowaliśmy objechać cały ten kraj  wzdłuż jej granicy. Chcieliśmy aby była to równie piękna i ambitna wyprawa jak nasza poprzednia. Start zaplanowaliśmy w Bregenz w Austrii. Bilety na pociąg kupione, trasa zaplanowana zostało zatem już  tylko czekać na upragniony urlop. Odliczając dni z przerażeniem obserwowaliśmy pogodę a raczej jej brak. 2 tygodnie deszczu non stop i pojawiły się pierwsze komunikaty o zamkniętych przełęczach na naszej trasie. Im bliżej wyjazdu tym gorsze wiadomości więc byliśmy zmuszeni w ostatniej chwili zmienić nasze plany. Dokąd zatem można pojechać z Bregenz nad Jeziorem Bodeńskim? Możliwości jak się okazało było kilka ale że bardzo chcieliśmy zobaczyć Amsterdam to padło na znaną i prostą ścieżkę Rheinradweg bądź Euro Velo 15 czyli wzdłuż rzeki Ren. Początek trasy znajduje się w szwajcarskiej miejscowości Andermatt w Alpach u źródła Renu a cała trasa liczy 1230 km i prowadzi przez 5 państw.

Pierwszym pociągiem z Wiednia  udaliśmy się do stolicy Voralbergu.  Późnym popołudniem znaleźliśmy się w naszej ulubionej Bregencji, która przywitała nas w końcu pięknym słońcem. Ponieważ było już późno to udaliśmy się od razu w stronę Szwajcarii znaną już nam ścieżką przy Jeziorze Bodeńskim. Po kilkunastu kilometrach przekroczyliśmy granicę i jakie było nasze zdziwienie, kiedy zobaczyliśmy pierwsze podtopienia na naszej trasie. Co kilkanaście metrów znaki ostrzegające o zamkniętej trasie, przejazd tak naprawdę na własne ryzyko…Od miejscowych dowiedzieliśmy się, że jeszcze tydzień temu trasa była kompletnie zalana po ostatnich ulewach.  Tak więc mijanych rowerzystów pytaliśmy na bieżąco jak dalej wygląda ścieżka i czy są objazdy i… jechaliśmy w ciemno. A to tak naprawdę był dopiero początek….

Podmokły Kemping.

Po ok. 40 km postanowiliśmy poszukać już campingu. Nad Jeziorem Bodeńskim w sezonie to w końcu żaden problem ale…nie po ostatnich ulewach. Znalezienie suchego skrawka trawy na rozstawienie namiotu było nie lada wyzwaniem a  właściciel radził nam byśmy ustawili się jak najdalej od Jeziora bo w nocy znów ma padać i „ różnie może być”. No i padało całą noc, cały ranek a że cały camping znalazł się już pod wodą to trzeba było  ruszać dalej. Cały odcinek, który chcieliśmy pokonać tego dnia był podtopiony co nas strasznie spowolniło. Albo trzeba było pchać rowery przez błoto albo jechać naokoło bo ryzykować i jechać po prostu ścieżką nikt nawet nie próbował. Do tego cały czas nad nami wisiały ciemne chmury.  Ciekawe zatem jak musiały wyglądać te przełęcze w Szwajcarii, przez które planowaliśmy jechać?

Powódź nad Renem.

Kolejny camping  dał nam po kieszeni. 25 euro za kawałek trawy…na szczęście tym razem suchej. W sumie cena za camping jest  taka sama jak we Włoszech ale za to ceny w sklepach bez porównania.  W miejscowości  Schaffhausen mogliśmy już zdecydować czy chcemy jechać prawym bądź lewym brzegiem Renu. Wybraliśmy lewy brzeg i w Neuhausen zrobiliśmy postój żeby zobaczyć Rheinfall czyli największy wodospad w Europie. Właściwie to nie jeden, a kilka wodospadów rozciągających się na długości  150 metrów. Wysokość kaskad to 23 metry, zaś głębokość zbiornika wynosi 13 metrów.  Wokół wodospadu rozlokowanych jest kilka punktów widokowych oraz dwie platformy widokowe.  Cena wstępu to tylko 5 euro zaś widoki są niezapomniane.  Dalej jechaliśmy po szwajcarskiej stronie Renu chociaż wiedzieliśmy, że będzie trochę dłużej.

Wodospad Rheinfall

Zrobiło się strasznie gorąco do tego mieliśmy kilka ciężkich podjazdów a na liczniku tylko 55 km. Dopiero przed Koblenz nadarzyła się okazja by zjechać do Niemiec. I droga była zdecydowanie przyjemniejsza. Mijaliśmy  spokojne miasteczka i w końcu w sklepie nie wydawaliśmy fortuny. Myśleliśmy, że na tak popularnej trasie znalezienie campingu nie będzie problemem. Niestety w tej kwestii bardzo się przeliczyliśmy.  Musieliśmy znów na jeden camping zajechać do Mohlin w Szwajcarii gdyż po niemieckiej stronie nie było takiej możliwości. 20 euro za camping ale za to przy plaży. Może cenowo Szwajcaria nas wykańczała ale za to mieszkańcy byli niesamowicie przyjaźni i chętnie z nami rozmawiali. Gdy choć na chwilę przystawaliśmy żeby sprawdzić czy dobrze jedziemy już zaraz ktoś się pytał czy nie potrzebujemy pomocy bądź pytali się dokąd chcemy jechać. W pięknym  Basel pożegnaliśmy się ze Szwajcarią i zaczęliśmy niemiecki odcinek naszej trasy.

 

W końcu mogliśmy zapomnieć o podtopieniach, trasa prowadziła przez przepiękny  las w końcu jesteśmy w słynnym  Schwarzwaldzie. Schwarzwald (Czarny Las) to niezwykle malownicze niewysokie i zalesione pasmo górskie . Niegdyś Schwarzwald porośnięty był drzewami bukowymi i jodłowymi, a więc było w nim bardzo ciemno – stąd nazwa Czarny Las – z czasem jednak na skutek eksportu drewna do Holandii i odbudowy państwa po wojnach, lasy znacząco się przerzedziły. Podczas krótkiej przerwy w Breisach tak nas to małe miasteczko zauroczyło, że postanowiliśmy zostać tu na noc. Wszystkie przewodniki pokazywały, że jest tu camping ale miejscowi nic o nim nie słyszeli. Kolejny camping widmo? Sporo takich było. Okazało się, że jednak jest camping ale…po francuskiej stronie.

Wieczór spędziliśmy na zwiedzaniu Breisach . Jedynie 20 km dalej znajduje się  stolica Schwarzwaldu czyli przepiękny Freiburg, do którego również można bez problemu dojechać rowerem.  Następnego dnia postanowiliśmy jechać dalej po francuskiej stronie aż do granicy i to był strzał w dziesiątkę. W końcu Alzacja to podobno najpiękniejszy region Francji  a symbolem jest…bocian co można dostrzec na każdym ulicznym straganie pod postacią pluszaków i mniej lub bardziej kiczowatych naklejek czy figurek. 20 km jechaliśmy przy pięknym kanale ale dalsza część trasy była równie piękna. Stolicą Alzacji jest Strasburg – siedziba Rady Europy oraz Parlamentu Europejskiego – którego centrum miasta zostało wpisane na światową listę dziedzictwa UNESCO. Co ciekawe jest to również „francuska stolica rowerów”, która posiada ponad pół tysiąca ścieżek rowerowych!! I gdy tak podziwialiśmy piękno tego regionu jedna Francuzka ostrzegła nas przed nadchodzącą burzą…Kilka razy podkreśliła, że ma być bardzo silna. A zatem zaczęliśmy poszukiwania campingu co jak wspomniałam wcale nie było takie łatwe. W Gambsheim znaleźliśmy piękny camping nad jeziorkiem za parę euro. Gdy tylko rozłożyliśmy namiot zaczęło chwilę padać po czym…wyszło piękne słońce. A zatem tyle by było z tej wielkiej burzy? Gdy kładliśmy się już spać dopiero nadeszło to co miało nadejść. A mianowicie nie jedna ale chyba 5 burz które krążyły wokół naszego campingu. Do dziś się zastanawiam jak inni campingowicze mogą spać gdy tak błyska i huczy.

Cisza przed burzą.

Do 4 nad ranem trwał jakiś Armagedon a wszyscy spali jak gdyby nic. Namiot na szczęście nie ucierpiał ale nasza trasa znów zamieniła się w bajorko. Poznany na trasie Francuz opowiadał nam jak przeżył wczorajszą burzę nocując na dziko. Słuchając tych opowieści  z przerażeniem patrzeliśmy na czarne chmury. Czyżby dziś znów miała być powtórka z rozrywki? Jego rower a raczej to co wiózł ze sobą nas poraziło. 60 (!!!!) kg bagażu i czego to on nie miał. My staramy się brać jak najmniej bo wiadomo wszystko to waży a on nawet prysznic wiózł ze sobą J Kilkanaście kilometrów przejechaliśmy razem i gdy on skręcił na camping nas kilka minut później dopadło istne oberwanie chmury.

Dom na kółkach.

Po 40 kilometrach jazdy w błocie dajemy za wygraną. Jutro nadgonimy. Przemoknięci czekaliśmy pod jakimś dziwnym campingiem na otwarcie biura i nagle słyszymy okrzyk radości po niemiecku „ Poleeeeeeeeeeeeen!!!! Toooooooor!!!!”. Jak to? Niemiec cieszy się, że Polska strzeliła gola??? I co to nasi dziś grają? Podbiegamy zapytać się z kim grają i kto strzelił. „ Blazykowski”.  Ucieszeni wróciliśmy pod zamknięte biuro ale nasz niemiecki  przyjaciel zaprosił nas do wspólnego oglądania ze swoją rodziną.  A biuro i tak otwierają dopiero o 18 a było po 14…Polska grała ze Szwajcarią na Euro, mecz ten skończył się jak wiadomo dopiero po rzutach karnych a w tym czasie do naszych przyjaciół dołączyli ich znajomi, którym się bardzo podobało jak przeżywaliśmy ten mecz.

Niemiecka gościnność.

Następnego dnia już od  8 rano byliśmy w trasie i wiedzieliśmy tylko że musimy nakręcić trochę kilometrów bo nigdzie  w końcu nie dojedziemy. Po ulewie kolejne podtopienia, wciąż objazdy więc dużo kilometrów robimy bez sensu. Jesteśmy znów w Niemczech  a po 135 kilometrach przyjemnej trasy zatrzymujemy się w Worms gdzie tym razem bierzemy pokoik w centrum miasta. Wormacja to jedno z najstarszych miast w Niemczech a historia sięga jeszcze czasów celtyckich. Najcenniejszym zabytkiem Wormacji jest romańska katedra św. Piotra (Dom St. Peter). Świątynia ta wzniesiona została na przełomie XI i XII wieku w miejscu dawnego forum rzymskiego. Tego dnia nie mieliśmy zbyt wiele możliwości na zwiedzanie gdyż całe miasto świętowało zwycięstwo swojej drużyny i na dosłownie każdym kroku można było oglądać jak Niemcy awansują do kolejnej rundy Euro.

Następny dzień był najgorszym powodziowo dniem na trasie.  Początkowo jechaliśmy  przez piękne winnice ale im bliżej Renu tym robiło się ciekawiej. Od każdego napotkanego rowerzysty słyszeliśmy ostrzeżenia „ Hochwasser” (powódź). Czasem były objazdy a czasem trzeba było samemu kombinować. I tak co kilkanaście metrów. Bez dobrej mapy bądź GPSa bylibyśmy w d…e. Ale czasem to ktoś inny wpadał na dobry pomysł. Z grupą Amerykanów zastanawialiśmy się jak nieprzejezdny 10-cio metrowy odcinek obejść żeby nie dodać sobie 10 kilometrów objazdu. No i okazało się że można rowery przenieść….autostradą. Wprawdzie pól godziny i tak stracone  na ściąganie bagażu, wnoszeniu rowerów na skarpę, potem szybko sprint przez autostradę, znoszenie rowerów, bagaży, potem upinanie od nowa tego wszystkiego. Ufff…i tak nam minął cały dzień. Do tego w Mainz złapałam gumę a na sam koniec dnia kiedy na horyzoncie była już wizja campingu musieliśmy zaryzykować i przejechać w końcu przez podtopienia. Teraz z perspektywy czasu śmiejemy się,  że gdyby nie te przygody umarlibyśmy z nudów na tej wyprawie.

Najpiękniejszy etap znajduje się między Bingen a Koblenz czyli Górną Doliną Środkowego Renu wpisaną na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.  65 kilometrów malowniczej trasy, która momentami aż zapiera dech. Liczne wysokie skalne klify, ściany porośnięte schodzącymi tarasowo winnicami czy średniowieczne zamki tworzą tu niezwykle widowiskowe krajobrazy.  Francuzi mają zamki nad Loarą a Niemcy nad Renem. Niedaleko Sankt Goarshausen wyrasta wznosząca się około 120 metrów ponad poziom wody owiana wieloma legendami oraz tajemniczymi mitami skała Lorelei, która od wieków stanowiła zmorę dla żeglarzy. Słynne jest też odbijające się od niej echo. Jedna z legend głosi, że ze szczytu skały rzuciła się w odmęty Renu zdradzona przez oblubieńca młoda dziewczyna o imieniu Lorelei. Zamieniona w syrenę wabiła żeglarzy swoim śpiewem w zdradliwe nurty opływające skałę, gdzie spotykała ich śmierć. W Koblencji zakochaliśmy się w sekundę. Największą atrakcją turystyczną Koblencji jest oczywiście słynny Niemiecki Róg (Deutsches Eck), czyli charakterystyczny trójkątny cypel omywany przez wody Mozeli i Renu. Miejsce to zamienione zostało w rozległy plac, który tętni życiem. Kraniec cypla zdobi monumentalny (37 metrowy) konny pomnik cesarza niemieckiego i współtwórcy II Rzeszy Niemieckiej – Wilhelma I Hohenzollerna (1797-1888). Aż żal było opuszczać ten przepiękny region.

Na nocleg wybraliśmy Campingu Rheineck przy zamku Rheineck skąd był piękny widok na cały ten malowniczy region. Wieczór spędziliśmy przy ognisku z rowerzystami z całego świata opowiadając o najpiękniejszych ścieżkach rowerowych. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że przed nami  niestety najnudniejszy odcinek Rheinradweg. Sami się przekonaliśmy, że mieli rację. Jedynie  Kolonia była jeszcze warta zwiedzenia a pod słynną katedrą opijaliśmy kawą naszą trzecią rocznicę ślubu. 970 kilometrów całej trasy znajduje się po niemieckiej stronie więc byliśmy już trochę znużeni Niemcami. Strasznie się ucieszyliśmy gdy dojechaliśmy w końcu do Holandii a granicę obu państw widać było gołym okiem.

Granica Niemiecko-Holenderska

W końcu znaleźliśmy się w kraju, gdzie każdy ale to naprawdę każdy jeździ rowerem.  Od razu żałowaliśmy, że zostało nam tak mało czasu na poznanie Holandii. Cały kraj to jedna wielka niekończąca się ścieżka rowerowa. Naprawdę wszędzie można dojechać rowerem. Nawet kosze na śmieci , które wyglądają jak siatki na motyle przystosowane są do rowerzystów. Jest naprawdę  czysto, przyjaźnie, tanio no i te przepiękne krajobrazy oraz kanały.  Miejscowość Utrecht nas tak zauroczyła, że aż się pogubiliśmy co przy tak dokładnym oznakowaniu trasy to nie lada wyczyn. Brawo my J Nasz ostatni nocleg ok. 20 km przed Amsterdamem spędziliśmy na podtopionym już campingu.  Do samego Amsterdamu prowadzi oczywiście prosta, dobrze oznakowana ścieżka rowerowa. Do żadnej innej stolicy nie można się chyba tak łatwo dostać rowerem. Szukając naszego hotelu doznaliśmy szoku.

Holenderskie szlaki rowerowe.

Tutaj wszyscy wręcz pędzą na tych rowerach. Bez kasków, w normalnych ciuchach i rowery no name. Wyglądaliśmy jak przybysze z innej planety. Co nam się jeszcze bardzo spodobało to…parkingi podziemne dla rowerów. Całodobowe i darmowe. Chyba że chce się rower zostawić na miesiąc to wtedy koszt to jakieś 3 euro. Po prostu rowerowy raj. Na około 750 tys. mieszkańców przypada 600 tys. rowerów, które używane są jako najpopularniejszy i prawdopodobnie najszybszy środek lokomocji. Do pracy, na zakupy, do baru, wszyscy jeżdżą na tym jednośladzie. Miasto jest do tego świetnie przygotowane, przy większości ulic biegną ścieżki rowerowe, istnieje osobna sygnalizacja, a rowerzysta prawie zawsze ma pierwszeństwo.  Amsterdam nazywany jest Wenecją Północy nie bez powodu. Kanały są jednym z najważniejszych symboli Amsterdamu. W sumie jest ich ponad 160, a ich łączna długość wynosi więcej niż 100 km. Trzy najważniejsze (a zarazem największe) to Herengracht, Keizersgracht i Prinsengracht. Są one usytuowane niemal równolegle do siebie i przybierają ciekawy kształt półksiężyców. Z największymi kanałami łączy się promieniście szereg mniejszych, tworząc strukturę, przypominającą nieco pajęczą sieć, która dzieli miasto na liczne wyspy.

Z czym się jeszcze kojarzy Amsterdam? Oczywiście ze słynną dzielnicą Czerwonych Latarni ( chodziły nawet małe dzieci!!! Omg) oraz coffe shopami. Warto też zobaczyć  muzeum van Gogha oraz Anny Frank.  Nas zauroczyła przepiękna, szeroka plaża 20 km od Amsterdamu. Można dojechać rowerem ( of course) albo kolejką w 15 minut. Opinie o Amsterdamie są różne, my byliśmy jednak pod ogromnym wrażeniem i zdecydowanie warto było tu przyjechać.

Podsumowując. Przejechaliśmy 1300 km w niecałe 2 tygodnie. Trasa jest naprawdę łatwa chyba, że znów wyleje Ren to wtedy na nudę nie ma co narzekać. Dobrze jest zaopatrzyć się w dobre mapy bo niemiecka precyzja nie zawsze się wtedy sprawdza.  Najtańsze campingi są we Francji ze zawsze stałą ceną. W Szwajcarii i Holandii ceny są podobne 20-25 euro za noc. Czasami ciężko o wifi.

About The Author

Witamy na naszej stronie o wyprawach rowerowych. Kilka lat temu zaraziliśmy się turystyką rowerową z namiotem i nie możemy się wyleczyć :)

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

*

Close